Z tym, jak się okazało, fundamentalnym pytaniem zetknąłem się dziś odbierając kanapki z BOP-a (stanowisko na którym przygotowuje się określony rodzaj kanapek) i w chwili odpowiadania na nie, nie zdawałem sobie jeszcze sprawy z jego ciężaru refleksyjnego. A był to ciężar ciężki.

Wyobraźcie sobie wnętrzeMcDonald’s, stoliki, kolorowe ściany, obrazki na nich wiszące, długi kontuar z monitorami gdzie zamawiacie to co w MaKu lubicie najbardziej ;p np. frytki i rozgardiasz za mak ladą serwisową, gdzie personel z różnych dziwnych urządzeń wyciąga gotowe do podania produkty. ‘Ekspedienci’ , chwilowo nie mam lepszego słowa, walczą o nadchodzące z opóźnieniem kanapki aby jak najszybciej wydać zamówienie i nie spotkać się z kapryśną miną nie zadowolonego klienta, któremu będzie trzeba przynosić zamówienie do stolika. Jak w restauracji. W końcu McDonald’s to restauracja. No ale ontologiczny status MaKa poruszymy poźniejJ.
Tak więc… Nie zaczynamy zdania od „Tak, więc…” mówiła pani Kwiatkowska na lekcji języka polskiego w 6 klasie podstawówki. Cóż, widać pewnych nawyków nie udało się jej wykorzenić, mimo całej jej zmasowanej kulturalności, jak przystało na nauczycielkę polskiego w społecznej szkole. Tak więc, walcząc o kanapki przy bopowej podgrzewanej rynnie, na której ześlizgiwały się McChickeny niczym pingwiny po lodowym leju, usłyszałem owo zasadnicze pytanie.
- Co on wziął?
Zanim jeszcze rozejrzałem się w pięcioosobowym tłumku, żeby zlokalizować autora pytania fundamentalnego, do moich uszu dotarła odpowiedź wypowiadana przez moje usta:
- Wziął tortillę.
Kiedy jest ruch nie ma czasu na rozważania, reaguje się jak pies Pawłowa, do głosu dochodzi to co najbardziej umysłowi dostępne. Tu myślałem o chłopaku, który przede mną chwycił zgrabnym ruchem ośmio – miesięcznego, wprawionego pracownika MaKa, którego ręka przypominała węgorza między trzcinami, kiedy wtykał ją pomiędzy ściśnięte ciała tłumku ekspedientów przed BOPem, aby niepozornie lecz po mistrzowsku wyłowić właśnie te tortille, które zamówił jego klient. Przepraszam, Gość.
- Do McDonald’s przychodzą Goście, klienci to raczej są, nie wiem, no… wiesz, na stacji, w banku – tu to Goście raczej.
Odpowiedziała mi z pełną powagą managerka gdy dwa tygodnie temu zażartowałem z tego ‘korporacyjnego eufemizmu’. Wróćmy jednak do sytuacji przed rynną. Moja niefrasobliwa odpowiedź zabieganego pracownika została ośmieszona nagłym doprecyzowaniem:
- Ale mój mąż!
Wtedy dopiero spojrzałem ponad głowami ścieśnionych, schylonych pracowników aby zobaczyć kto tu ma jakiegoś męża. Niestety zobaczyłem jedynie skanomat do kawy i dopiero po opuszczeniu wzroku na wysokość monitorów stojących na ladzie, gdzie przyjmuje się zamówienia, przed moimi oczami stanęła… kulista, nieco bojkowata postać, wbita w mak uniform, patrząca prosto na mnie dosyć jednoznacznie, z lekko pochyloną i przekręconą głową pytającą „Jak mogłeś nie wiedzieć?!”. Gdy jednak zapatrzyłem się zdumiony w oczy bojkowatej postaci, chcąc zapytać: „Dziecko! Po co Ci mąż? Zgubiłaś tatusia?”, zobaczyłem w tych ciemnych tęczówkach, psich wiernych oczkach, które szukają swojego pana, lekkie zmieszanie i chęć przeproszenia. Za co? Zanim w pełni dotarły do mnie te doznania, zanim skojarzyłem wszystkie fakty i uświadomiłem sobie za co przepraszały mnie te biedne oczka, rzuciłem pierwszą odpowiedź, jaka przyszła mi na myśl po przypomnieniu sobie klienta, którego przed chwilą obsługiwałem, a który musiał być jej mężem.
- Aha, wziął McChickeny. To twój mąż, nie wiedziałem – mój ton był lekko pytający, uśmiechałem się też chcąc kurtuazyjnie okazać, że jest mi miło z okazji poznania jej małżonka. Wspomnienie jego twarzy dobijało się do mojej percepcji podejrzanie opornie, na razie przyswajałem informację o ich związku.
- No tak. Zapomniałam Ci powiedzieć, że będzie chciał w papier - odpowiedziała żona.
Tutaj śpieszę z wyjaśnieniem, że chodzi o kanapki, które standardowo pakowane są w pudełka papierowe ale można, na specjalne życzenie, zawinąć je w papier, równie papierowy jak pudełko, tyle że miękki, plastyczny, cienki w kontraście do sztywno uformowanego kartonowego opakowania. A różnica między papierowym pudełkiem a papierem jest niezwykle istotna, może nie tyle sama w sobie, bo tu właściwie istotna nie jest wcale ale ze względu na tę historię ma ogromne znaczenie, powiedział bym, że nawet egzystencjalne.
Otóż powracając z BOPa do kasy, zostawiając za swoimi plecami kuliste, nieco pulchne dziecko bawiące się, z braku perspektyw, w dom i bycie żoną, przywołałem w wyobraźni Jego twarz. Obraz całej jego osoby stojącej przed kasą dotarł do mojej bombardowanej bodźcami świadomości. Nie macie tej facjaty przed oczami tak jak ja ją miałem ale wierzcie mi, że twarz jaką widziałem nie mogła już bardziej kontrastować z faktem, że osoba za nią się kryjąca była czyimś mężem. Przychodziły mi na myśl cyrkowe spektakle osobliwości, kobiety z brodami, karły, człowiek słoń itd. A kiedy go obsługiwałem, czułem tę uniwersalną niepewność, towarzyszącą rozmówcom ludzi z zezem, których każde oko patrzy w inną stronę a Ty słysząc, że mówi się bezpośrednio do Ciebie musisz powstrzymać odruch rozglądania się na boki, w celu podążania za ‘błędnym’ wzrokiem interlokutora i patrzeć prosto w nie patrzące, jak się wydaje, na ciebie oczy. Uczucie niezręczności było znacznie spotęgowane dziwnym pofałdowaniem twarzy, brzydkim, rzadkim, kępkowatym zarostem, czerwonymi, wypukłymi wypryskami na brodzie i w okolicach ust oraz zaniedbanymi, rzadkimi blond włosami odsłaniającymi powstającą łysinę, taką idącą od czoła w tył;). Grymas ust człowieka nie lubiącego ludzi równie mocno jak oni nie lubią jego, odsłaniał królicze, zachodzące lekko na dolną wargę zęby trzonowe. Wydawało się, że są nie umyte ale trudno powiedzieć czy to ogólne wrażenie modyfikuje moją pamięć czy też centralne umieszczenie i wyeksponowanie zębów zwróciło jednak moją uwagę na ich czystość. Silne doznania wzrokowe kazały mi się wyprostować i odchylić do tyłu w obawie przed skonfrontowaniem się z doznaniami zapachowymi, które będąc równie nieprzyjemne, mogły spowodować zdradzenie się z uczuciem lekkiego obrzydzenia, co było by nie tylko nie uprzejme ale i nie dozwolone wobec klienta, tzn. Gościa. Wraz z pamięcią obrazów przyszły uczucia towarzyszące zakończeniu obsługi męża swojej żony, mianowicie złość i litość. Dlaczego? Oto co się stało. Ta chodząca osobliwość zamówiła na bonifikartę (karta na okaziciela uprawniająca do zniżek w każdym MaKu w Polsce, wydawana pracownikom sieci tych restauracji) dwa McChickeny płacąc zamiast 14,60 zł jedynie 8 zł. Aby przyjąć takie zamówienie należy zawołać managera z kartą manager’ską (umożliwia dostęp do funkcji kontrolnych kasy oraz obszarów komputerowego menu udostępnianych pracownikom tylko za wiedzą przełożonego) w celu uzyskania dostępu do menu ‘zniżkowego’. Samo to jest już zamówieniem nietypowym. Dodatkowo mąż zażyczył sobie zawinięcie kanapek w papier zamiast zapakowania ich w pudełko, czego ja nie usłyszałem. Po krótkiej walce o obie kanapki przy wspomnianej już podgrzewanej rynnie, przyniosłem zdobycz do kasy i z szybkim uśmiechem położyłem na tacy życząc smacznego. Sekunda zawahania w wyciągnięciu rąk po tacę przez Osobliwość kazała mi zauważyć, że coś jest nie tak. Spojrzałem ponownie na nieprzyjemny krajobraz jego twarzy i usłyszałem reprymendę wypowiadaną ostrym tonem, z wyraźną złością i niezadowoleniem:
- Nie usłyszałeś zamówienia. Chciałem kanapki w papier.
A po chwili dodał łaskawie choć z rozdrażnieniem i niesmakiem:
- Dobra, niech będą takie.
Ale cóż to było za niezadowolenie! Nie takie tam sobie niezadowolenie wybrednego klienta, lecz niezadowolenie strategiczne! Świadome swego karzącego wydźwięku, swojej uzasadnioności i fachowości oceny jakości obsługi, a wreszcie zdradzające satysfakcję z okazji spełnienia się oczekiwań. Otóż Mr McOsobliwość w wyglądzie fizycznym uwidaczniał cechy charakteryzujące fizjonomie wielu pracowników McKorporacji (o czym więcej później) i zapewne będąc szczęśliwym posiadaczem bonifikarty przynależał do wielkiej McRodziny. Sądząc po wyglądzie mógł spędzić w murach pod złotymi łukami wiele lat nie zaznając przywileju awansu. Znał standardy obsługi klienta, przygotowywania posiłków na różnych stanowiskach i zawiłości koordynujących pracę procedur, nie doznał jednak wystarczającego uznania dla jego kwalifikacji i biegłości. Jak więc mógł zrekompensować sobie nadwątlone poczucie znaczenia, jak przydać sobie wartości w oczach tych, którzy z niewiadomych mu przyczyn, tak nieprzyjaźnie spoglądają w jego twarz? Niezwykle prosto! Wystarczy objawić swoją światłość składając niezwykłe zamówienie u uczącego się kasjera, licząc że ten nie dorastający mu do pięt nowicjusz, wybałuszy bezradnie oczy słysząc życzenie Gościa. Wystarczy zamówić McChickeny w papierku!
Tylko doświadczony pracownik może docenić chytrość i przebiegłość takiego zamówienia. Trzeba wiedzieć jak często pojawiające się na monitorze BOPu zamówienia tajemniczo znikają zanim kanapki zostaną przygotowane, przez co następują opóźnienia w obsłudze klientów. Do tego jakie zamieszanie wywołuje przerwanie procedury, czyli konieczność zawinięcia czikena w papier a nie pudełko. Jest tu szereg błędów, które można popełnić a przez co kanapka będzie podana standardowo a nie ‘specjalnie’, bądź ze znacznym opóźnieniem. Może to być złe wbicie na kasę, nie wbicie, wejście na BOP, czego nie wolno robić i powiedzenie o specjalnym zamówieniu, wreszcie poinformowanie klienta, że nie ma takiej opcji. Dodatkowo osoby ‘na kuchni’ mogą nie zwrócić uwagi na dodatkową informację o papierze przy zamówieniu, mogą odruchowo i tak zrobić kanapkę w pudełku, mogą nie wiedzieć, że tak można. Po otrzymaniu czikenów ze specjalną czerwoną naklejką z białym napisem ‘specjalnie dla Ciebie’ Mr McOsobliwość mógłby odejść zadowolony z potwierdzenia swojej wyjątkowości i usatysfakcjonowany wykorzystaniem pewnej władzy, polegającej na zastosowaniu posiadanych informacji do wymuszenia na ludziach uciążliwego i nietypowego dla nich zachowania. Podobnie zachowują się dzieci doświadczając swojej władczości i zdolności manipulacji kiedy np. układają różne przeszkody przed maszerującymi mrówkami, obserwując jak się zmagają z dziwnymi utrudnieniami. Niestety Jego misterny plan opierający się na wypowiedzeniu dwóch słów, mianowicie „W papier”, legł w gruzach. Nie usłyszałem tego zaklęcia. Nikt więc nie musiał włożyć dodatkowego wysiłku w obsłużenie go, poza koniecznością podejścia manager’a do kasy. Zapewne dlatego był po prostu zły. Bo jakie inne znaczenie może mieć jedzenie bułki odwiniętej z papieru zamiast wyjętej z pudełka? Tylko egzystencjalne. I nie będzie to znaczenie ‘aż’ egzystencjalne, takie może mieć np. picie zielonej herbaty, ze względu na pewną filozofię życiową, tryb życia itd. a nie jedynie smak. Tutaj oprócz zwykłych uzasadnień dla wyboru, jak walory smakowe, akt może urastać do rangi fundamentalnej, natomiast przy papierze nie ma żadnych innych wyjaśnień poza odzwierciedleniem głębokich osobowościowych potrzeb delikwenta. Papier nie zmienia smaku ani jakości jedzenia, zmienia jednak jego wizerunek! Takie zamówienie robi z niego klienta niezwykłego, zindywidualizowanego, na którego specjalne potrzeby odpowiada usłużna machina McDonald’s, rezygnując SPECJALNIE DLA NIEGO, ze swoich podnoszących efektywność pracy procedur. Fundamentalne pytanie uzmysłowiło mi, że ten nieszczęśliwy człowiek wraz z kanapką zamówił drobną usługę – chwilowe podniesienie swojej samooceny. Wziął wraz z produktem coś duchowego zdradzając jednak to, co właśnie chciał ukryć.
Epilog
Kiedyś siedząc w crew roomie dowiedziałem się, że bojkowata postać założyła w sądzie sprawę komuś. Prawdopodobnie byłemu chłopakowi albo obecnemu mężowi. Trudno było wywnioskować. W każdym razie jeden z nich ponoć przychodził czasem do niej do pracy, nękając ją z powodu rozstania najprawdopodobniej. Ona w rewanżu postanowiła porozmawiać z jego matką. Wyrafinowana zemsta, prawda? Jeśli pozwaną osobą był jej były chłopak, to z pewnością zamieniła jedno nieszczęście na drugie. Dla niektórych z nas wolność wyboru bywa przekleństwem, choć podobno tylko to ostatecznie kształtuje nasze człowieczeństwo.